Zespół Sawe - kulisy niezwykłej historii grupy ze Szczecinka
Fot. Henryk Zdon
Dzięki mieszkańcom Szczecinka udało się rozpoznać członków szczecineckiego zespołu Sawe. Dziś muzyczny Historyczny Czwartek.
Grupa działa w latach 70. i 80., a tworzyli ją Sławomir Muranowicz, Andrzej Chwistek, Wiktor Maciborski (na zdjęciu Henryka Zdona u góry stoi drugi z lewej) i Emilia Dydaś. Nazwa Sawe pochodziła od pierwszych imion członków – S(ławomir), A(ndrzej), W(iktor) i E(milia). Niczym ABBA… Szczecinecka grupa specjalizowała się w popularnej muzyce do tańca i grała w Niemieckiej Republice Demokratycznej, Republice Federalnej Niemiec, czy też w Szwajcarii. W Szczecinku można się było bawić w jego rytmach w Hotelu Pomorskim.
W czasach Polski Ludowej legalny wyjazd komercyjny polskiego zespołu był możliwy tylko za pośrednictwem Pagart, czyli Przedsiębiorstwem Państwowym Polska Agencja Artystyczna. Powstała z końcem roku 1956 roku, działała do 1992. Agencja organizowała występy gwiazdom polskiej estrady krajowe, a także zagraniczne. Pagart sprowadzał także do Polski wykonawców zza granicy.
Internauci podzielili się także informacjami o członkach Sawe. Sławomir Muranowicz grał w zespole Krząszcze działającym pod egidą Powiatowego Domu Kultury w Szczecinku, a Andrzej Chwistek w big-bandzie szkoły muzycznej Koliber.
Większość muzyków grupy wybrała emigrację w Szwajcarii i Stanach Zjednoczonych. Nie żyje już Pan Wiktor, którego wielu mieszkańców pamięta może z tego, iż grał do ślubów i jubileuszów w szczecineckim Urzędzie Stanu Cywilnego.
Za swego życia Wiktor Maciborski (zmarł w roku 2013) podzielił się z nami swoimi wspomnieniami. Muzyczną karierę zaczął w rodzinnym domu. Mama była rodowitą Litwinką, tata Polakiem z dzisiejszej Białorusi. Jak tysiące repatriantów trafili do Szczecinka po wojnie, ale nigdy nie przestali tęsknić za utraconymi rodzinnymi stronami. Siadali wtedy i śpiewali rzewne rosyjskie pieśni. – W latach mojego dzieciństwa panowała wielka moda na akordeon, więc rodzice postanowili, że zapiszą mnie do szkoły muzycznej, abym przygrywał na rodzinnych uroczystościach – mówił W. Maciborski. Chętnych było jednak tylu, że w klasie akordeonu zabrakło miejsc i mały Wiktor trafił do… klasy klarnetu. I pilnie przez 5 lat poznawał tajniki tego instrumentu. Kto wie, może zostałby wirtuozem klarnetu, ale miał wypadek na rowerze, po którym tak rozbił sobie szczękę, że mógł zapomnieć o karierze na instrumencie dętym.
Na szczęście, jako drugi instrument, miał w szkole fortepian i to właśnie klawisze stały się jego powołaniem. - Kolega tworzył kapelę i zaprosił mnie do grania – wspominał pan Wiktor, który został klawiszowcem. Były lata 60., królował beat i tak narodziła się grupa Krząszcze. Szczecineccy muzycy grali utwory znanych wykonawców, jak to się dziś mówi covery, ale miel też swój własny repertuar. Święcili z nim sukcesy na licznych przeglądach i festiwalach. Największym było zakwalifikowanie się w latach 70. na festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu. Wówczas to było coś. Na tym samym festiwalu, na którym Małgorzata Ostrowska ze Szczecinka (późniejsza wokalistka Lombardu) wyśpiewała Złoty Pierścień, Krząszcze zdobyły wyróżnienie.
To okazało się przełomem. Zespół dostał kontrakt na koncerty w NRD, a z czasem zaczęli występować także w Niemczech Zachodnich. – Nasz agent powiedział wówczas, że co prawda Niemcy nauczyli się już wymawiać Grzegorz Brzęczyszczykiewicz, ale Krząszcze żaden nie zdoła powiedzieć i musimy zmienić nazwę – mówił nam pan Wiktor. – Tak zostaliśmy Sawe, od pierwszych liter imion członków zespołu.
Grali dużo i dobrze – zwłaszcza przy ówczesnym przeliczniku marek na złotówki. Dobrze im też płacili. Królowały znane z radia piosenki w wersji niemieckiej. Po niemiecku śpiewali nawet utwory popularnej wówczas Abby. Z zarobków zagranicą mógł otrzymać rodzinę, którą w międzyczasie w Szczecinku założył. – Harowaliśmy jak woły, pamiętam, że w jednym z lokali właściciel kazał nam bez przerwy grać co noc od 20, do 4, 5 nad ranem, dzień w dzień przez 9 miesięcy – pan Wiktor wspominał.
Mieli już dość rozłąki z bliskimi, życia na dwa domy. Zespół postanowił, że sprowadzą żony i zostaną na Zachodzie. – Moja żona dostała wizę do RFN od 11 grudnia, żony kolegów od 17 grudnia i postanowiły poczekać te parę dni i przyjechać razem – dodawał pan Wiktor. Była końcówka 1981 roku…
Nigdzie już jednak nie wyjechały, bo 13 grudnia wprowadzono stan wojenny i na Zachód można było co najwyżej uciec przez zieloną granicę. – Stan wojenny zastał nas w Monachium, nie sposób powiedzieć, co wówczas przeżywaliśmy – mówił nam. Dwóch członków zespołu wyjechało do Ameryki, wokalistka ożeniła się z Niemcem, aby ostatecznie osiedlić się w Szwajcarii. – Polacy mieli wtedy otwarte drzwi do emigracji, a Niemcy chyba nigdy nas bardziej nie kochali, po prostu nie szło przejść ulicą, aby nie zaczepili i nie oferowali pomocy – mówił W. Macibroski, który jako jedyny z zespołu postanowił wrócić do Polski, do rodziny, do córki.
Bez muzyki długo nie wytrzymał. Kolega namówił go do grania w grupie Polifon, która była jednym z bardziej wziętych ekip weselnych. – Nie oburzam się, gdy ktoś mówi, że graliśmy i gramy „do kotleta”, bo faktycznie graliśmy i do jedzenia, ale mieliśmy i repertuar ambitny – mówił pan Maciborski.


