Uczciliśmy pamięć Bohaterów walczącej Stolicy
Za nami 82. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.
Jak co roku mieszkańcy Szczecinka spotkali się na uroczystości upamiętniającej wydarzenia z 1944. Nie zabrakło dźwięku syren w Godzinę "W", wspólnego odśpiewania Hymnu Państwowego oraz okolicznościowego przemówienia burmistrza Jerzego Hardie-Douglasa. Uczestnicy uroczystości złożyli także kwiaty przed pomnikiem poświęconym Żołnierzom Armii Krajowej.
Poniżej publikujemy przemówienie okolicznościowe Burmistrza Szczecinka - Jerzego Hardie-Douglasa.
Jak co roku 1 sierpnia syreny informują nas, że wybiła godzina „W”. Godzina siedemnasta, o której to w Warszawie wybuchło powstanie. Rozkaz wydał dowódca Armii Krajowej, generał Tadeusz Komorowski, pseudonim „Bór”. W powstaniu wzięło udział około czterdziestu pięciu tysięcy powstańców, z czego około jedna trzecia przepłaciła to swoim życiem. Lata lecą. Umierają ostatni uczestnicy tego niesamowitego, patriotycznego zrywu, skierowanego militarnie przeciw niemieckim okupantom, a politycznie przeciw zbliżającym się do stolicy sowietom. Za dosłownie kilka lat nie będzie już żadnego naocznego świadka tych wydarzeń. Tym ważniejsza jest nasza pamięć. Pamięć kolejnych pokoleń Polaków.
Co roku staram się 1 sierpnia być tu z Wami. Dla mnie do ostatniego dnia mego życia będzie to sprawa osobista. Mój hołd, który oddaję w ten sposób tym tysiącom młodych ludzi, którzy nie wahali się zaryzykować swego życia w obronie ojczyzny, swoich ideałów, swych marzeń o nowej, powojennej Polsce. Ze względu na swój wiek i fakt, iż cała moja rodzina mieszkała w czasie wojny w Warszawie, osobiście znałem wielu powstańców. To byli bez wyjątku wspaniali ludzie. Oddaję im hołd. Oddaję hołd memu Ojcu, Jakubowi Hardie-Douglasowi, ps. „Hardy”, żołnierzowi batalionów „Iwo” i „Ostoja”, walczącemu w obwodzie Radwan w Śródmieściu, rannemu w czasie walk na ulicy Pięknej i odznaczonemu Krzyżem Walecznych.
W trakcie trzech miesięcy powstania straciło życie między 150 a 180 tysięcy cywilów. To trudne do zobrazowania liczby, ale aby uzmysłowić ogrom tragedii, wyobraźcie sobie, iż w ciągu trzech miesięcy tracą życie wszyscy, wszyscy co do jednego mieszkańcy Torunia albo Kielc. To właśnie oznacza liczba 180 tysięcy. Co roku wspominam o tych niewinnych ludziach, mordowanych w piwnicach, kanałach, rozstrzeliwanych na warszawskich podwórkach. Tak stracili życie na Woli w pierwszym dniu powstania warszawskiego członkowie mojej rodziny, moi kuzyni – trzyletnia Ewa i jej jedenastoletni brat Bogdan. Przerażone dzieci wywleczone z mieszkania i rozstrzelane przed domem. Trzy i jedenaście lat. Wspominam o nich co roku, bo ich los jest kwintesencją zezwierzęcenia okupantów, przeciw którym wystąpili powstańcy. Jestem zwolennikiem pojednania z Niemcami, pojednania z Ukraińcami, ale nie oznacza to, że mamy zapomnieć.
Świat byłby lepszy bez wojen, ale one były, są i pewnie niestety będą. Działania wojenne nie usprawiedliwiają jednak gwałtów, okrucieństwa, bestialstwa. Wojny nie usprawiedliwiają mordowania cywilów, w tym kobiet i dzieci.
Ocena Powstania Warszawskiego nadal budzi emocje. Przez lata ocena historyków ewoluowała. Dziś przeważa pogląd, iż była to tragedia o charakterze koniecznym i bezalternatywnym. Równocześnie krytykuje się błędy dowództwa, zwraca uwagę na ogrom strat. Po osiemdziesięciu latach łatwo się wymądrzać. Jednak pozwólcie, że powtórzę zdania z mego wystąpienia sprzed roku, bo nic nowego nie mam w tej sprawie do powiedzenia:
„…Powstanie wybuchło, bo widocznie musiało wybuchnąć. Bo zrozpaczeni warszawiacy chcieli dla siebie lepszego jutra i mieli nadzieję, że właśnie ich zryw takie lepsze jutro zapewni. Jestem pewien, że stojąc dziś tutaj, nie potrafimy sobie wyobrazić, co kryje się za słowami o niewyobrażalnym cierpieniu warszawiaków. Nie mogli już dłużej znosić niemieckiego okrucieństwa, terroru, łapanek, rozstrzeliwania cywilów, wywózek do obozów koncentracyjnych. Nie jesteśmy też w stanie poczuć determinacji powstańców, heroizmu ludzi, którzy nie mieli wcześniej pojęcia, że takie pokłady bohaterstwa w nich drzemią. Wiedzieli, że wojna powoli zmierza ku końcowi, ale nie chcieli też, by powojenna Warszawa była całkowicie zależna od sowieckiej Rosji…”.
Rosja od wieków źle się nam kojarzy. Historycznie, na przestrzeni wieków, ten kraj nigdy nie miał dobrych relacji z Polską. Mój Ojciec, który spędził kilka miesięcy w obozie jenieckim w Rosji – do którego trafił, wycofując się ze swoim oddziałem we wrześniu 1939 roku w kierunku wschodniej granicy, i który tylko cudem uniknął tam rozstrzelania – w rozmowach ze mną wielokrotnie powtarzał: „Rosjanie nie są złymi ludźmi. Wielu z nich ma wielkie serce, ale system jest zły, a oni innego nie znają”.
Wspominam o Rosji nie bez powodu. Nie tylko dlatego, że jej armia, w której byli również Polacy, cynicznie przyglądała się w 1944 roku ze wschodniego brzegu Wisły, jak Warszawa się wykrwawia.
Wspominam o Rosji, bo spotykamy się tu, na szczecineckim cmentarzu, przed kwaterą żołnierzy Armii Krajowej w szczególnym czasie. Trwa okrutna wojna za naszą wschodnią granicą. Wojna, która ma tylko jednego sprawcę. Tu nie ma mowy o jakimkolwiek symetryźmie. Agresor jest jeden. Agresorem jest putinowska Rosja, a podawany pretekst do napaści na sąsiada, powtarzana narracja o konieczności denazyfikacji Ukrainy jest tak absurdalna, jak powody, które podawali Niemcy, wkraczając w 1939 roku do Polski.
Każdego dnia za naszą wschodnią granicą, zaledwie kilkaset kilometrów od Szczecinka, giną dziesiątki niewinnych ludzi – nie tylko żołnierzy, ale też cywilów, w tym kobiety i dzieci. W Polsce przebywa około miliona Ukraińców ze statusem czasowej ochrony. Są też w Szczecinku. Ludzie, którzy zostawili w Ukrainie swoje domy, cały gromadzony przez lata majątek i przyjechali, a właściwie uciekli do Polski, często z jedną walizką, oczekując pomocy i bezpieczeństwa. Naszym obowiązkiem jest im pomagać, dodawać im otuchy. Powtarzać, że jesteśmy z nimi. To nie tylko wymóg naszej racji stanu i zrozumienia, że silna Ukraina jest najlepszym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Że jest buforem między nami a nienawidzącą nas, pewnie bardziej niż Ukraińców, imperialną Rosją. To też kwestia zwykłej przyzwoitości. Gdy myślicie o bestialsko zabitych w trakcie Powstania Warszawskiego dzieciach, o rozstrzelanych kobietach, przywołajcie sobie obrazy z Buczy. Leżące na ulicach, w błocie, okaleczone ciała pomordowanych cywilów. Wyobraźcie sobie życie w bombardowanych co noc Kijowie, Odessie, Charkowie. Wiem, że to trudne. Oglądamy te obrazy, siedząc przed telewizorami z chipsami i butelką piwa. A jak mamy dość, to przełączamy się na Netflixa. Wojna spowszedniała. Nasza empatia, z której byliśmy tak dumni cztery lata temu, gdzieś wyparowała. Dajemy się podpuścić, wmanewrować w dyskusje o historycznych rozliczeniach. Nie ten czas i nie to miejsce. Oczywiście, trzeba pamiętać o Wołyniu. Trzeba domagać się prawdy historycznej. Jednak łącząc tragiczne wydarzenia wołyńskie z naszym obecnym stosunkiem do sąsiadów walczących z najeźdźcą, odwracając się od Ukraińców, wypełniamy treścią scenariusz pisany w Moskwie. To niewybaczalny błąd.
Coroczne obchody upamiętniające Powstanie Warszawskie mają sens wtedy, gdy są przestrogą i gdy są powodem do refleksji. Są dyskusją o historii, która ma to do siebie, że się powtarza. Przypominając co roku o wydarzeniach sierpnia 1944 roku, oddajemy nie tylko hołd powstańcom, ale też w jakiś sposób ostrzegamy świat. Oby nigdy więcej podobnych tragedii. Tylko tyle możemy zrobić i to robimy. Ci ludzie, którzy chwycili za broń 1 sierpnia 1944 roku, powinni być dla nas, a przede wszystkim dla młodego pokolenia Polaków, wzorcami postępowania w życiu. Wzorcami przyzwoitości. Wzorcami walki o zasady i dobrze pojęty patriotyzm. Nigdy nie zapomnijmy.
Gloria victis. Chwała zwyciężonym. Chwała bohaterom.
